Siać zniszczenie, odechciałem, Pragnąć, nie pragnąłem więcej,
Kochać nigdy nie przestałem, choć nienawiść rwie me serce,
nic nie czuję,
nic nie widzę,
Wiatr w koronach zamilkł drzewnych,
Świat się zapadł,
i odrodził,
Już nie wyję, jęków rzewnych,
Odejść chciałbym, lecz nie mogę,
Drzewa na ścianach,
trzymają,
czy tą dziurę w sercu moim, nicości więzy zapchają,
Ból już odszedł, lub nieczułym,
Nań się stałem niesłychanie,
teraz tylko pustkę wielbię,
samotność mam na śniadanie,
Ona nie jest zła, ni dobra,
ot po prostu jest,
i tyle,
lecz zajmuje w moim sercu, miejsce opuszczone,
gniję.
środa, 1 czerwca 2011
niedziela, 1 maja 2011
Życie idzie na przód,
A ja stoję w miejscu,
Czekając na wolność,
I na życie w szczęściu,
Na przestrzeń, brak świata,
Na wolność, na siebie,
Bym stracił uczucia,
Bo przez nie już nie wiem,
Z której strony atak,
Przed czym mam się bronić,
Skoro głupie serce,
Chce mnie rozpierdolić,
Wyrywa bebechy,
Gdy tylko pomyślę,
Niszczy we mnie wszystko,
To co w duszy czyste,
Siły odebrane, chęć walki minęła,
Prąd życia mną jebnął,
W brzeg mego istnienia,
Stojąc na krawędzi,
Spoglądam przed siebie,
Krew oczy zalała,
Już niczego nie wiem.
A ja stoję w miejscu,
Czekając na wolność,
I na życie w szczęściu,
Na przestrzeń, brak świata,
Na wolność, na siebie,
Bym stracił uczucia,
Bo przez nie już nie wiem,
Z której strony atak,
Przed czym mam się bronić,
Skoro głupie serce,
Chce mnie rozpierdolić,
Wyrywa bebechy,
Gdy tylko pomyślę,
Niszczy we mnie wszystko,
To co w duszy czyste,
Siły odebrane, chęć walki minęła,
Prąd życia mną jebnął,
W brzeg mego istnienia,
Stojąc na krawędzi,
Spoglądam przed siebie,
Krew oczy zalała,
Już niczego nie wiem.
piątek, 22 kwietnia 2011
wtorek, 11 stycznia 2011
czwartek, 6 stycznia 2011
Zimowy Spacer.
Wokół śnieg biały prószy,
Lśnią na ziemi płatki,
Na ulicach, na polach,
Cieszą się z niego dziatki,
Dumnie stojące bałwany,
W rękach rózgi trzymają,
A schowani gdzieś malcy,
Śniegiem ich obrzucają,
Starsi zebrani w grupy,
Toczą na śnieżki wojny,
Dołączył się do nich dziadek,
Na co dzień bardzo spokojny,
Wspomina miotając kulki,
Czasy swojej młodości,
Gdy bawił się godzinami,
Od mrozu nie bolały kości,
Po chwili idzie do domu,
Ogrzać się przy kominku,
Tymczasem kto inny przeklina,
Idąc przez zaspy do szynku,
Zostawiam miasto za sobą,
I idę raźno w góry,
Będę radosny jak dziecko,
A nie jak dorośli ponury.
Lśnią na ziemi płatki,
Na ulicach, na polach,
Cieszą się z niego dziatki,
Dumnie stojące bałwany,
W rękach rózgi trzymają,
A schowani gdzieś malcy,
Śniegiem ich obrzucają,
Starsi zebrani w grupy,
Toczą na śnieżki wojny,
Dołączył się do nich dziadek,
Na co dzień bardzo spokojny,
Wspomina miotając kulki,
Czasy swojej młodości,
Gdy bawił się godzinami,
Od mrozu nie bolały kości,
Po chwili idzie do domu,
Ogrzać się przy kominku,
Tymczasem kto inny przeklina,
Idąc przez zaspy do szynku,
Zostawiam miasto za sobą,
I idę raźno w góry,
Będę radosny jak dziecko,
A nie jak dorośli ponury.
Subskrybuj:
Posty (Atom)